JAKUB BRZEZIŃSKI: TU TRZEBA BYĆ SPRYTNYM LISEM

W sezonie 2019 zdobyłeś swój pierwszy tytuł mistrzowski. To jeszcze nie wygrana w generalnej klasyfikacji RSMP, ale ten sukces kosztował Was wiele pracy…

To tak naprawdę pierwszy tytuł po kilku sezonach startów. Ale taka to dyscyplina sportu, jest nieprzewidywalna jak dobry film i dlatego ją tak kochamy. Tytuł w klasie Open 4WD bardzo mnie cieszy. Myślę, że wypracowałem go szczerą pracą. Oczywiście chciałbym jechać autem klasy R5, ale ze sportowego punktu widzenia ten sezon dał mi bardzo dużo. Trochę mogę go porównać do Rajdowych Mistrzostw Świata, kiedy pierwszy raz pojechałem do Portugalii. Na pierwszym odcinku, który miał 27 kilometrów myślę sobie „O, mega przejechałem, czekam na konkurencję, pokażę im, jaki ja jestem kozak”. No i konkurenci przyjeżdżają. Dostaję na 27 kilometrach 40 sekund. Otworzyły mi się oczy, że jednak trzeba jechać dużo szybciej i szukać innych detali.

Walka w RSMP nie była łatwa. Zapewne wymagała ogromnego wysiłku, bo Proto to nie R5.

Przyznam, że jadąc autem klasy Proto, próbując walczyć z R5, musiałem mega się wysilić i poszukać kolejnych drobiazgów, które na wielu odcinkach pomagały jechać dużo szybciej i z nimi rywalizować. Gdybym jechał R5, to pewnie jechałbym swoim tempem, takim jak w sezonie 2018. Pewnie nie szukałbym kolejnych rozwiązań. Więc ten rok dał mi wiele z punktu widzenia doświadczenia kierowcy i mam nadzieję, że ta wiedza zaprocentuje w R5 w przyszłym roku. Autem Proto trzeba się czasem naprawdę napocić, wycisnąć z niego wszystko. W tych samych miejscach w samochodzie R5 nic szczególnego by się nie działo, ale ja w Proto musiałem stawać na rzęsach. Wiem, że zrobiłem duży krok do przodu pod względem prowadzenia samochodu. To jest na pewno największy plus minionego sezonu.

Nie wszyscy kierowcy po kilku sezonach startów chcą się jeszcze uczyć.

Jak w tym roku pokazało mi życie, jest jeszcze bardzo dużo do zrobienia. Może rzeczywiście nie każdy lubi takie określenie, że „jedzie zdobywać kolejne doświadczenia”. Rzeczywistość udowadnia jednak, że w tej dyscyplinie każdy wciąż musi zdobywać doświadczenie. Tak wygląda każdy kolejny kilometr w rajdówce.

Wspomniałeś, że w przyszłym roku czeka na Ciebie R5. A czym nas zaskoczysz na Barbórce?

W Barbórce pojadę Proto, choć w przyszłym sezonie chciałbym przesiąść się już do samochodu R5. Jestem pewien, że Zbyszek Stec przygotuje auto na Barbórkę najlepiej, jak to możliwe.  A ja po prostu będę jechał tak szybko, jak potrafię. Bardzo lubię takie próby, jeśli wszystko zagra, to mam nadzieję, że będę wysoko w klasyfikacji. Na Barbórce musi zagrać wszystko od początku do końca. To bardzo trudny rajd, więc każde odjęcie gazu, każdy błąd, może spowodować stratę trudną do odrobienia.

A co jest w tym rajdzie najtrudniejsze?

Jest wiele rzeczy, ale ta najtrudniejsza? Chyba powstrzymanie emocji. Uwierz, że przed innymi rajdami nie mam stresu, czasem siedzimy sobie na stracie tak jak my teraz czy tak, jakbym siedział w domu w kuchni. A na Barbórce jest inaczej. Chyba nie ma kierowcy, który mógłby szczerze powiedzieć, że Barbórka go nie stresuje. A emocje trzeba ostudzić i podejść do startu jak do swojej roboty.

To trudności związane z emocjami i tym, co dzieje się w głowie kierowcy. A takie zwykłe, przyziemne sprawy, jak ustawienie samochodu?

Setup auta nie ma aż tak ogromnego znaczenia, bo nie osiągamy na tym rajdzie zawrotnych prędkości, więc to, jak samochód pracuje czy jak trzyma się drogi jest mniej istotne. Ma wpływ na wynik, ale nie jest to wpływ decydujący. Na Barbórce liczy się przede wszystkim pomysł na jazdę, szczególnie na porannych odcinkach, które ze względu na pogodę mogą być chytre i nieprzewidywalne. Wielokrotnie wcale nie wybieramy teoretycznie najlepszego czy najszybszego toru jazdy, ale ten najbardziej przyczepny i optymalny w danych warunkach. Czasem z zewnątrz mogłoby się wydawać, że powinniśmy przejechać zakręt kompletnie inaczej, ale my wiemy, że tam jest bardziej przyczepnie i tak się bardziej opłaca. Na Barbórce trzeba być sprytnym lisem, żeby odpowiednio przeczytać wszystkie odcinki, przyczepności, żeby na tych kilkunastu kilometrach od startu do mety wycisnąć z siebie wszystko, co się da.

W tym sezonie pierwszy raz zorganizowaliśmy e-Barbórkę, czyli wirtualne ściganie dla fanów rajdów, dziennikarzy i wszystkich, którzy chcą na własnej skórze poczuć trudny tego rajdu. Kto jak kto, ale Jakub „Colin” Brzeziński o wirtualnym ściganiu na pewno wie dużo. Czy takie doświadczenia z symulatora do się przenieść na realne trasy odcinków specjalnych?

Wielu kierowców używa symulatorów i mówią, że wirtualne testy mają ogromne odzwierciedlenie w realnych torach jazdy.  Przyznam, że ja mniej się interesuję wirtualnym ściganiem, od kiedy skończyłem grać w „Colina”, który był chyba pierwszą wersją komputerowych rajdów. To była bardzo prosta symulacja w porównaniu do urządzeń, które mamy dzisiaj. Teraz są one bardzo zaawansowane, wszystko poszło bardzo do przodu. A czy ma to wpływ na umiejętności i doświadczenie? Mogę odpowiedzieć ze swojego punktu widzenia i doświadczeń na tym bardzo jednak prostym symulatorze. Mimo, że nie było tam wielu możliwości, że fizyka była mało dopracowana, to jednak sam tor jazdy, punkty hamowań, operowanie gazem – to wszystko ma jakieś przełożenie. Teraz, kiedy patrzę na symulatory przygotowane na e-Barbórkę, łapię się za głowę. To jest po prostu normalna rajdówka!

Rozmawiał Adam Widomski